niedziela, 17 lutego 2013

Jak podjąć decyzję?




Jesteśmy zajęci.
I wciąż bierzemy na siebie więcej nowych obowiązków.
Rozwiązaniem jest rzadsze mówienie tak.
Jeżeli, nie myślisz Tak, do jasnej anielki! Zrobię to!  to powiedz Nie. 


sobota, 16 lutego 2013

Dostosowanie się w celu przetrwania



Nasz gatunek spędził mnóstwo czasu wędrując po świecie. Przemieszczaliśmy się z miejsca na miejsca w poszukiwaniu wody, żywności, bezpieczeństwa. Po prostu - lepszego jutra. Nasi przodkowie robili to, bo trwanie w jednym miejscu oznaczała śmierć. Dzięki temu ludzkość uniknęła losu, który spotkał tysiące (o ile nie więcej) gatunków- wyginięcia. 

Czasy się zmieniły. Dziś nie doświadczamy wędrówki ludów. Żyjemy statecznie (a może statycznie), czujemy się bezpiecznie, a w lodówce jest zawsze coś do zjedzenia. 

Nasza rzeczywistość jest zaprzeczeniem tego, do czego przywykły nasze organizmy w drodze ewolucji. Współcześnie przetrwanie jest bardziej synonimem zaciskania zębów, niż walki o byt.  

Podobno szczęście czyni z ludzi egoistów, co w takim razie robi z nimi (nami) wygodne życie? Obecny kryzys obnażył nie tylko prawdę o gospodarce opartej na niemożliwym do spłacenia długu, ale i o nas. 

Lubimy się łudzić. Cały czas mamy nadzieję, że dobre czasy wrócą. 

Nie chcemy wędrować. 

Nie chcemy szukać. 

Nie chcemy odkrywać. 

Chcemy czekać. Czekać, aż to, co odeszło, zechce do nas powrócić. 

Chcemy dołączyć do grona gatunków wymarłych. 

Nie akceptujemy zmiany zasad na nowe, mimo tego, że codziennie widzimy i odczuwamy negatywne skutki starych. 

Nie potrafimy pogodzić się z tym, że czas nadszedł.

Czas zmian. Czas wyzwań. Czas definiowania na nowo. 

Bezpieczeństwo wczorajszego świata niesie wiele zagrożeń dla naszej przyszłości. 

Musimy ruszyć się z tego (nie)bezpiecznego miejsca, w którym tkwimy. 

W przeciwnym razie staniemy się reliktami przeszłości.

czwartek, 14 lutego 2013

Pierwsze koty za płoty, czyli próba podsumowania nr 1



Dziś obudziłam się przed budzikiem. W moim przypadku jest to fakt godny odnotowania. Osobiście uważam się za nocnego marka, a moja optymalna godzina na rozpoczęcie nowego dnia to dziewiąta. Stąd moja radość. Dodam jeszcze, że budzi był ustawiony na 7.05 oraz, że poszłam spać … dzisiaj. 

Poranne wstawanie, bo nie o pobudkę tak naprawdę chodzi, lecz o opuszczenie łóżka, nie znajduje się na liście moich noworocznych postanowień. Jak wspomniałam ostatnio pracowałam w systemie trzyzmianowym, więc ważniejsza była ilość snu. Pilnowałam, by spać „przepisową” ilość godzin na dobę, ponieważ skutki niewyspania w moim przypadku oznaczają przeistoczenie się w Miss Hyde (ewentualnie wpadanie na ściany, problemy ze zmieszczeniem się w szeroko otwartych drzwiach i takie tam). 

Teraz jednak jestem w domu (drugi tydzień) i, żeby nie popaść w przesadę, o którą łatwo, korzystam z budzika. Staram się nie odwyknąć od normalnego funkcjonowania, a także wykorzystać wolny czas do maksimum. 

I to prowadzi do części głównej. Po sześciu tygodniach postanowiłam, że czas się skontrolować. 

Po kolei- pisanie. Właściwie szybkość pisania- zaczęłam od 126 znaków na minutę. Ostatnia kontrola pokazała 131 (ten sam tekst). Korzystam ze strony PisanieBezwzrokowe.pl ze względu na system ocen i sugestii oraz możliwość kontrolowania postępów. 

Szczerze- nie cierpię tych ćwiczeń. Po tylu latach mam już swoje nawyki. Nie przekładają się one jednak na wyniki- najlepsza ocena, jaką otrzymałam to DWA. Zdaję sobie sprawę, że (na przykład) pisząc tego posta piszę znacznie szybciej, niż w trakcie ćwiczeń, ALE patrzę na klawiaturę, często widzę czerwone podkreślenia(oczywiście, jak już zerknę na ekran) - dotyczy to szczególnie polskich znaków. Oznacza to, że tracę czas na najeżdżanie kursorem, klikanie i poprawianie błędu. Dlatego ćwiczę, choć jest to żmudne i denerwujące, ponieważ otrzymuję kary za popełnione błędy, oraz- i to boli- wcale tak dobrze nie znam układu klawiatury. Pomijam milczeniem nawyki tak zwanego „palcowania”. Choć nie- MAŁY PALEC JEST ZA KRÓTKI, BY GO UŻYWAĆ DO STUKANIA W KLAWIATURĘ!!!

Dalej- ćwiczenia fizyczne.  
Mój punkt wyjścia
- pompki- 4
- przysiady- 10
- podciąganie- 1 (istnieje tego naukowe wyjaśnienie)
- plank (dla tego ćwiczenia nie znalazłam polskiego tłumaczenia, a i nie pamiętam go ze szkoły) - 40 s.

Korzystając ze wskazówek zawartych w Primal Blueprint Fitness dobrałam poziom ćwiczeń odpowiedni dla mojej kondycji. I ćwiczę. Żadne wielkie postępy nie są na razie odnotowane, ale tematem moich ćwiczeń zajmę się osobno. Dodam tylko, że te ćwiczenia przychodzą mi znacznie łatwiej i sprawiają więcej frajdy, niż wspomniane wcześniej. 

Angielski, czyli gorzkawa pigułka. Test służący wstępnemu rozpoznaniu określił mój poziom znajomości na PET. Buu… myślałam, że choćby słabe, ale FCE. Ten jednak poziom został wskazany, jako możliwy do osiągnięcia, jeżeli wezmę się za naukę. Nie jest to wielki problem, ponieważ lubię ten język, a ponadto wiadomo- lingua franca.  

Francuski/hiszpański. Francuskiego uczyłam się w szkole średniej i polubiłam ten język. Przyznam jednak, że później nie mając sposobności do wykorzystywania tej umiejętności nie czułam motywacji do dalszej nauki, czy chociażby powtórek. Dziś nadal sporo rozumiem, ale z odpowiedzeniem miałabym gigantyczny problem. Warto, by sięgnąć po zestaw do odkurzania języka, ale tu pojawia się problem.
Ostatnio, no może nie tak ostatnio, szukając po Internecie stron wspomagających odkurzania francuskiego natrafiłam na informację o darmowym kursie hiszpańskiego (online), który przerabia materiał na poziomie pierwszego roku college. Po błyskawicznej analizie zapisałam się i od niespełna miesiąca uczę się hiszpańskiego. Korzystam z okazji –darmowa nauka języka w zorganizowany sposób.
Francuski nadal się kurzy. 

I w końcu sprawa najważniejsza- Pajacyk. W ramach noworocznego postanowienia, klikam codziennie. A ostatnio rozszerzyłam nawet zakres swojej działalności i klikam przez stronę Poomoc.pl. Dzięki niej mam możliwość wsparcia innych akcji.  

Jako, że jest to rok kontroli śledzę swoje postępy. Nie użyłam jednak statystyk, ponieważ część stycznia poświęciłam także na retrospekcje oraz poszukiwanie skutecznego sposobu kontroli. Okazało się to wyczerpujące emocjonalnie, o czym pisałam, ale też i sporym wyzwaniem zwłaszcza w kwestii wyboru sposobu kontroli, ale o tym też pisałam.


piątek, 8 lutego 2013

Jestem niczym kisiel udający galaretkę!



(Ten post miał byćopublikowany 27.01.13. Jednak został zapisany tylko w wersji roboczej- nie wiem, czemu!)
 Dlaczego akurat kontrola? Długa historia w skrócie- od wielu lat nie obserwuję, bym osiągała konkretne rezultaty. Niby miałam jakieś cele (do niedawna niespisane), jakieś marzenia dumnie zwane planami i, NAWET, coś robiłam, ale kluczowe jest tutaj słowo niby. Gdy przychodziło wyłożyć karty na stół ogarniał mnie wstyd, ponieważ po raz kolejny kończyłam grę z kiepską kartą. Moje działania nie dawały konkretnych, MIERZALNYCH, wyników.  Moim jedynym celem, było marzyć o realizacji wielkich celów. W istocie, żyłam w przekonaniu, że wystarczy jakiekolwiek działanie, by zrealizować swoje zamierzenia. To tak, jakbym chcąc dostać się na Kretę, kupiła bilet na lot na Islandię. I jeszcze uznała, ze mogę się na niego spóźnić, bo będą następne!
Było, minęło!
Jeszcze przed Nowym Rokiem rozpoczęłam generalne porządki oraz wprowadzanie nowych zasad. Naczelną jest skrupulatne kontrolowanie postępów. Po okratkowaniu pierwszych kilku dni stycznia zauważyłam, że czegoś brak.
Fakt, że ta metoda już na pierwszy rzut oka pozwala przekonać się, czy nie ustałam w wysiłkach na rzecz własnego rozwoju. Jednak nie pozwala rozliczyć się z konkretnych efektów. A przecież to o wynik chodzi. Inaczej stanę się tym robotnikiem z dowcipu, który biega z pustą taczką, bo taki zapier…, że nie ma, kiedy jej załadować. Przerabiałam to, więc wiem, że jest to mało efektywny sposób działania.
Potrzebny mi, więc był konkretny plan. Zanim jednak zaczęłam planować MUSIAŁAM poznać skutki swoich wcześniejszych wysiłków, czyli, od czego zaczynam. To, dlatego uważam, że bliżej mi do kisielu (i to rzadkiego!) niż galaretki.
I tak, na dobry początek nowego, 2013, roku blisko trzy tygodnie upłynęły mi na niemalże obsesyjnym testowaniu siebie, by określić mój punkt wyjścia dla każdego noworocznego postanowienia. Musiałam się dowiedzieć, na czym, przysłowiowo, stoję. Tytułem przykładu- ile jestem w stanie zrobić pełnych pompek?(to w ramach poprawy sprawności fizycznej) czy też NAPRAWDĘ, na jakim poziome jest mój angielski? Albo, z jaką szybkością piszę na klawiaturze? Oczywiście nie było to zbyt przyjemne zajęcie, a do tego jeszcze moje wyniki nie są tak dobre jak sądziłam.
Koniec bajki! Kolejna gorzka pigułka do przełknięcia.
To jednak było KONIECZNE- po latach chaotycznego działania zrobiłam coś, co pozwala mi zacząć ogarniać bajzel, jaki wykreowałam. Oznacza to także, że mój początkowy plan życia w kratkę został skomplikowany poprzez dodanie do niego analizy postępów w postaci konkretnych liczb. Ale tego raczej nie dało się uniknąć. Tym bardziej mnie cieszy, że zauważyłam to na początku, a nie gdzieś po drodze, jak to zwykle w moim przypadku bywało :-/